Więc w 4,167. i ostatnim dniu pracy tak ekscytującej, że przysiągłbym, że przynajmniej 4,000 z tych dni kwalifikowało się jako bardzo dobre lub lepsze, kawa przyszła z myślami o 11 latach, czterech miesiącach i 27 dniach. Mózg przeszukiwał daty z 17 krajów i 43 stanów, trzy Mistrzostwa Świata, cztery Igrzyska Olimpijskie, 10 wielkich turniejów tenisowych, 20 wielkich turniejów golfowych, 11 męskich Final Four, 28 gier w College Football Playoff, 10 Kentucky Derbów, trasę po Jordanii-Omanie-Kuwejcie-Zjednoczonych Emiratach Arabskich, 46 dni w niezrównanej Australii -- mam na myśli, no come on, naprawdę? -- głębię piękna Koreańczyków, i te chwile, kiedy patrzyłem w lustro (krótkotrwale) i widziałem szaleńca. Może najdziwniejsze byłoby relacjonowanie meczu w Seattle w piątkową noc, a potem meczu w Clemson w sobotnią noc (z Lamarem Jacksonem na boisku, wyglądającym jeszcze bardziej oszołomionym niż zwykle). A może to był Boise w piątkową noc, studenci pływający w lodowatej rzece po kawałek słupa bramkowego po północy, potem godzina snu, a potem Indianapolis w sobotnią noc? Nie, czekaj, czekaj, to musiało być to: Novak Djokovic wygrywający French Open w Paryżu w niedzielny wczesny wieczór, a potem przygotowania do U.S. Open w golfie zaczynające się we wtorek . . . . . . w Los Angeles. Ludzie nieodurzeni mogliby uznać taką sekwencję za niesprawiedliwą; z jakiegoś metabolicznego powodu, po prostu wciąż się śmiałem. Cóż, coś przewyższyło to wszystko, w jakiś sposób. Bycie częścią działu sportowego Washington Post oznaczało bycie częścią wzorcowego ludzkiego doświadczenia, rzadkiej kolegialności, latarni współpracy i niemal oszałamiającego braku zazdrości. Na przykład, nigdy, przenigdy nie myślałem, tak dawno temu, że zamieszkam w świecie i w zespole, gdzie wszyscy traktowaliby mojego męża jako jednego z grupy, gdzie zastępca redaktora sportowego powiedziałby, w kuchni, pod koniec przyjęcia świątecznego, "Alfonso! Chodź tutaj i przytul mnie!" Wszystko to wzmocniło przekonanie, że na medalowej scenie życia, ludzka współpraca zasługuje na miejsce, a może nawet na złoto, za swoją ciekawą zdolność do wspierania pozornie wszystkich 35 bilionów naszych komórek. Kocham tych wiecznych współtowarzyszy tak bardzo, że prawdopodobnie ich irytuję, a oni przywołują na myśl relikt programu zawsze wart odkrycia. To jest odcinek 168 "The Mary Tyler Moore Show," odcinek, który zatytułowała "Ostatni program," kiedy zespół redakcyjny WJM pracuje nad ostatnim programem informacyjnym i ma ostatnie grupowe przytulenie, a Mary pragnie wyrazić emocje, a Lou pragnie ich nie wyrażać, ale potem Mary wygłasza poruszającą mowę, a potem zawsze szorstki Lou ustępuje i, drżącym głosem, mówi coś rezonującego aż do lutego 2026: "Cenię was, ludzie."