W pociągu w Wielkiej Brytanii (byłem w odwiedzinach na wakacjach). Cicha strefa. Kobieta siedząca za mną zaczyna głośno odtwarzać filmy na swoim telefonie, bez słuchawek. Nikt nic nie mówi. Trwa to przez dziesięć minut. W końcu proszę ją, żeby przestała, bo to cicha strefa, a ja próbowałem pracować. Wygląda na zdezorientowaną, głośno domaga się wyjaśnienia, co oznacza „cicha strefa” (angielski nie jest jej pierwszym językiem), wskazuję na znak, na którym jest wyraźny obrazek telefonu komórkowego. Z niezadowoleniem chwyta swoją torbę i wychodzi. Ludzie wokół mnie rzucają mi wdzięczne spojrzenia. W pociągu znów jest cicho. Dosłownie 10 minut później wchodzi facet i zaczyna prowadzić głośną rozmowę telefoniczną, również nie po angielsku. Nikt nic nie mówi. Jest typowa pasywno-agresywna angielska rutyna ze strony ludzi wokół niego — głośne westchnienia, przewracanie oczami itp. W końcu podchodzę do niego (próbowałem zrobić coś skomplikowanego, a losowe hałasy utrudniają to… dlatego wybrałem cichą strefę) i wskazuję na znak „zakaz używania telefonów”, na szczęście mówi przepraszam i przestaje. Więcej wdzięcznych spojrzeń. Prawdopodobnie dostanę za to po głowie, ale myślę, że ludzie w Wielkiej Brytanii są zbyt mili dla własnego dobra. Jeśli chcesz, aby ludzie przestrzegali norm społecznych, musisz być gotowy, aby zwracać uwagę na antyspołeczne zachowanie, bo inaczej wszystko się sypie i nie masz już miłych rzeczy. Dotyczy to wielu spraw, nie tylko cichych stref w pociągach. W każdym razie, śnieg wyglądał pięknie na wiejskich polach. Wracam do Nowego Jorku.