Mogę się z tym bardzo utożsamić. Studiowanie nauki może dać ci wyolbrzymione poczucie, że prowadzenie badań naukowych regularnie przyniesie jednoznaczne odpowiedzi. Ale gdy naprawdę zaczynasz prowadzić badania, szybko zdajesz sobie sprawę, że definitywne odpowiedzi są wyjątkiem, nawet przy rygorystycznym projektowaniu eksperymentów. Ogromna złożoność natury oznacza, że pytania, które zadajesz i testujesz, zazwyczaj prowadzą tylko do częściowych odpowiedzi, a częściej do mnożenia nowych pytań, o które nawet nie wiedziałeś, że powinieneś zapytać, dopóki nie przeprowadziłeś eksperymentu. W pewnym sensie to dobra rzecz. Oznacza to, że nigdy nie zabraknie ci pytań do zbadania ani eksperymentów do przeprowadzenia jako naukowca. Ale oznacza to również, że katartyczne momenty „eureka!” są rzadkie i nie każdy naukowiec ich doświadcza. Większość naukowców szybko uczy się komfortowo żyć z tym, że nigdy do końca nie zna pełnej odpowiedzi. Dziennikarze naukowi, z drugiej strony, zazwyczaj nigdy nie prowadzili rzeczywistych badań naukowych, więc brakuje im pokory, którą nabywają prawdziwi naukowcy, jak zauważył Hayek. Myślę, że to pomaga wyjaśnić wiele z tego, co widzimy po lewej stronie. Lewicowcy często uważają się za naukowo obeznanych, co może prowadzić ich do akceptacji prostych narracji przekazywanych przez dziennikarzy naukowych i aktywistów naukowych. Jedna z takich narracji, która przychodzi mi na myśl, to pomysł, że ludzie mają wrodzoną „tożsamość płciową”, często przedstawianą jako rodzaj „seksu mózgu”. Badania cytowane w celu wsparcia tego przekonania nie wykazują tego, co jest twierdzone, a ich zwolennicy nie mają pokory, aby docenić ogromny ciężar dowodowy wymagany do ustalenia czegokolwiek, co byłoby nawet w przybliżeniu bliskie temu, co twierdzą.