Podatek od nieruchomości to po prostu podatek od niezrealizowanych zysków i mam dość udawania, że tak nie jest. Kupujesz dom za 300 tys. dolarów. Lata później, rynek rośnie, rzeczoznawca mówi, że teraz jest wart 600 tys. dolarów. Bum—twoje rachunki podatkowe skaczą, mimo że nic nie sprzedałeś, nie wyciągnąłeś kapitału ani nie zobaczyłeś ani grosza z tego "zysku". Płacisz co roku od papierowego majątku, który istnieje tylko na Zillow lub w jakimś powiatowym arkuszu kalkulacyjnym. Tracimy rozum, gdy politycy proponują opodatkowanie niezrealizowanych zysków z akcji dla miliarderów ("muh przymusowe sprzedaże!"), ale babcia dostaje to samo na swoim rodzinnym domu i mamy to nazywać "płaceniem za szkoły i drogi"? Nie. To podatek od bogactwa przebrany za opłatę za usługi, a wydaje się sprawiedliwy, ponieważ przez wieki to znormalizowaliśmy. Gdy hipoteka jest spłacona, powinieneś być WŁAŚCICIELEM—żadnego corocznego okupu dla powiatu tylko dlatego, że twoja okolica stała się modna. Znieść podatki od nieruchomości na głównych miejscach zamieszkania. Opodatkuj konsumpcję, jeśli musisz, ale przestań udawać, że "własność" oznacza, że wynajmujesz od rządu na zawsze.