Nie wiem, całe dorosłe życie mieszkałem w nadmorskim mieście, przez ponad dekadę grzecznie znosiłem szalone oświadczenia i wykłady libtardowych szefów, profesorów i duchownych, i przez większość czasu było to coś, co mogłem znieść dla dobra spójności społecznej (nie że oni by mi okazali to samo), ale coś w sprawach z Minneapolis wydaje mi się inne. Nie sądzę, żeby to była katastrofa "opinii publicznej" (daleko od tego), ale garstka prawdziwych wierzących, która pozostała, jest teraz w punkcie, w którym nie mogę twierdzić, że mamy jakiekolwiek wspólne odniesienie do konsensualnej rzeczywistości. Jestem w punkcie, w którym uważam, że jakikolwiek kontakt z nimi to nie tylko uciążliwość, ale także zagrożenie dla bezpiecznego istnienia mnie, mojej rodziny i mojego kraju.