Zgadzam się z tego typu rzeczami. Kiedyś „książki dla dzieci” były tworzone, aby bawić i ekscytować, a nie po to, aby szkolić dzieci w jakiejś teorii politycznej. Wiatr w wierzbach, Nancy Drew, Dzieci z wagonu, Gdzie rośnie czerwona paproć. I oczywiście Chłopcy Hardy. Zacząłem od Tarzana i science fiction Poul Andersona.