Szok związany z incydentem z użyciem granatów dymnych w stacji kolejowej w Tajpej wczoraj wciąż jest żywy w pamięci, a dzisiaj podczas spaceru natknęłam się na "dziwnego człowieka". Około godziny 20:40, ja, mój mąż i teściowa spacerowaliśmy w pobliżu naszego domu. Innych spacerowiczów również było sporo. W tym momencie, ktoś przebiegł obok nas, zatrzymując się dokładnie przed nami, a następnie zaczął często się za nami oglądać. Poczułam się dziwnie, więc cicho mruknęłam: "Co się dzieje?" Niezręczne spojrzenia trwały około minuty, a mężczyzna (a właściwie chłopak) stojący przed nami zapytał: "Ciociu, która godzina?" Miał na sobie jasną kurtkę, miał około 178 cm wzrostu, a po głosie wydawał się być uczniem szkoły średniej, jeszcze nie miał zmienionego głosu. Byłam pewna, że pyta mnie, ponieważ cały czas wpatrywał się we mnie, nie zwracając uwagi na dwie osoby obok mnie. Mój mąż spojrzał na zegarek i powiedział mu, że jest 20:42, ale on wcale się nie oddalił, wręcz przeciwnie, zbliżył się do mnie. Zapytał mnie, czy mam telefon Apple. W tym momencie zamarłam. Jego presja, dziwne słowa i spojrzenie bardzo mnie niepokoiły. Zanim zdążył mnie dotknąć, moja teściowa i mąż natychmiast stanęli przede mną (dziękuję teściowo! Byłam tak wzruszona, że prawie się rozpłakałam, tylko w tamtej chwili bałam się, nie wiedząc, co robić), moja teściowa głośno zapytała, co on zamierza zrobić, a mój mąż również wszedł w stan pełnej gotowości. On był zaskoczony tą sytuacją, więc szybko skorzystałam z okazji i uciekłam (przepraszam rodzinę, bałam się za bardzo, więc pobiegłam pierwsza), a mój mąż i teściowa natychmiast mnie dogonili. Cieszę się, że byliśmy we trójkę, a pozostali dwaj byli bardzo pomocni. Ten chłopak zachowywał się dziwnie, ale nie miał żadnej broni. Jednak to, co nas niepokoiło, to fakt, że ten chłopak miał towarzysza, który znajdował się około 30 metrów za nami. Ostatecznie przeszliśmy jeszcze kilometr, wracając do domu, a w tym czasie dwaj mężczyźni wciąż szli za nami. Na szczęście nic się nie stało.