Przypadkowo spędziłem ostatni tydzień w Pattaya w Tajlandii po prawie 2-letniej przerwie. Kilka nieoczywistych spostrzeżeń: - Za około 100 dolarów (nazwijmy to grzecznie „opłatą za specjalną usługę” 😅) możesz wjechać do kraju przez „dedykowany pas imigracyjny”, gdzie oficer nagle staje się bardzo wyluzowany w kwestii twojej wcześniejszej historii wizowej. Tak, to działa. Tak, to zaskakująco popularne wśród pewnej kategorii ekspatów. - Jedzenie jest niesamowite. Jedzenie uliczne, nocne targi — wszystko smakuje rewelacyjnie. Naprawdę nie rozumiem, jak udaje im się gotować jedzenie na poziomie restauracyjnym w tych motorowych wózkach ulicznych. - O wiele więcej ludzi niż wcześniej. Marzec jest już brutalnie gorący, a mimo to miejsce jest zatłoczone. Zauważyłem też znacznie więcej turystów z Indii — wcześniej miałem wrażenie, że tłum składał się głównie z Chińczyków. - Ceny wciąż są absurdalne (w dobrym sensie). Porządny hotel na plaży: 40–50 dolarów/noc. Porządna tajska kolacja: ~10 dolarów. Piwo 0,62L w 7‑Eleven: ~2 dolary — i nikt się tym nie przejmuje, ludzie po prostu biorą piwo w sklepie i piją gdziekolwiek.