Gdybyś mi powiedział w latach 90-tych, kiedy byłem dzieckiem w Miami, pragnącym uciec od tego, co wydawało się zapadłą dziurą, że wkrótce najbogatsi na świecie będą uciekać z miast pierwszej kategorii w USA do tego miejskiego wybuchu na końcu florydzkiego wypustka, nazwałbym cię szalonym.