Krewny przedstawił mi dziewczynę, całkiem ładną, szczupłą, ubrana też bardzo starannie, całość pewnie nie była tania. Kiedy się spotkaliśmy, od razu pomyślałem, że przy takim stylu życia na pewno nie stać mnie na nią. Skoro już przyszła, to na pewno nie można tego zmarnować, kierując się zasadą „złodziej nie wychodzi z pustymi rękami”. Piliśmy kawę przez pół godziny, rozmawialiśmy o standardach wyboru partnera, w mojej głowie zaczęło się układać — na pewno nie jesteśmy z tej samej bajki. Ale w interesach nie ma miejsca na złe uczucia, powiedziałem jej szczerze, że na pewno do siebie nie pasujemy, ale jesteś tak wspaniała, że pasujesz do mojego kumpla, może umówimy się na popołudnie, żeby się spotkać? Nie odmówiła. Kiedy przyjechał mój przyjaciel, dobrze się dogadywali, znalazłem wymówkę, żeby się wycofać. Kiedy mnie odprowadzał, zapytał, dlaczego nie gonię za tą dziewczyną, skoro ma takie dobre warunki? Odpowiedziałem, że uważam, że bardziej pasuje do niego. Zdziwił się na chwilę, nic więcej nie powiedział, przelał mi 1000, mówiąc, że wieczorem idziemy na dobrą kolację. Tydzień później oni dwoje potwierdzili związek, po trzech miesiącach poznali rodziców, a po sześciu miesiącach wzięli ślub. Dzień przed ślubem oboje przelali mi po 15 tysięcy, mówiąc, że prezent dla pośrednika nie może być mały. A ja, trzymając dużą kopertę, skromnie ukryłem swoje zasługi. Kontynuuję poszukiwania na drodze do małżeństwa, szukając następnego celu.